środa, 20 kwietnia 2016

Część 7 - Zemsta

Camille wyszła na korytarz ze stosem papierów w ręce, chcąc poszukać Andrei, by powiadomić ją  o ukończeniu pracy. Nie trwało to długo, bo już po chwili na korytarz z jednego z pomieszczeń wyszła menadżerka, rozmawiając przez telefon. Kiedy zauważyła dziewczynę zmierzającą ku niej, zakończyła rozmowę i zapytała:
- Coś nie tak?
- Nie, nie! Chciałam powiedzieć, że już skończyłam. Proszę, to dla ciebie. – wręczyła jej plik dokumentów.
- Och, dziękuję ci bardzo. – uśmiechnęła się kobieta. – Szybko się uwinęłaś.
- Wiesz, nie chciałam przy tym siedzieć do wieczora, bo mam pewne plany, dlatego się  przyłożyłam, by skończyć jak najszybciej się da. – Camille wzruszyła ramionami.
- Cieszę się, w takim razie możesz już iść, na dzisiaj nie mam nic więcej dla ciebie do zrobienia.  A tak w ogóle, to gdzie dzisiaj idziesz, jeżeli mogę wiedzieć?
- A wiesz… - zaczęła uśmiechnięta. – Chcę się dzisiaj z kimś spotkać.
- A co to za pogaduszki? – w drzwiach, przy których stały obie kobiety, pojawił się oparty o framugę Daniel. – Praca nie goni?
- Słońce właśnie skończyła. – wyjaśniła kobieta.
- Doprawdy? – chłopak spojrzał zimnym wzrokiem na dziewczynę. – Dobrze. Skoro tak, to mam dla ciebie coś do zrobienia. Potrzebuję jakiegoś specjalnego stroju. Załatw to.
- Dobrze, zaraz dam znać Phillipe, żeby się tym zajął. – odpowiedziała menadżerka, wyciągając z kieszeni spodni telefon.
- Nie. Ma to zrobić Kamila. – wskazał palcem na dziewczynę, ale na nią nawet nie spojrzał. Jako jedyny używał jej polskiego imienia i sama Camille nie wiedziała czy ją to denerwuje, czy się z tego faktu cieszy.
- Dobra. – powiedziała zrezygnowana Cami, bo wiedziała, że nie ma po co się z nim tym razem spierać. – Od jutra się tym zajmę.
- Nie jutro. TERAZ.
- Ale ja właśnie skończyłam i dostałam pozwolenie od Andre na opuszczenie stanowiska. – sprzeciwiła się dwudziestolatka, zdziwiona zachowaniem Daniela.
- Jest dopiero popołudnie. Do nocy masz jeszcze dużo czasu.  -  uśmiechnął się przebiegle, a oczy mu pociemniały.
- No chyba sobie żartujesz, ja mam już plany na dzisiaj!
- Ojej. Trudno, najwyżej odwołasz randkę. – powiedział, a ostatnie słowo prawie że wypluł, jakby było nasączone jadem. - Za cztery dni jest gala, wiesz co to znaczy?
- Chwila, chwila, moment… chcesz mi powiedzieć, że mam ci załatwić coś na galę? – przerażona dziewczyna zrobiła wielkie oczy. – Nie za „wcześnie” się obudziłeś?! Przecież tym trzeba było się zająć znacznie wcześniej!
- Jesteś bardzo zdolna, dasz sobie radę. – puścił jej oczko. – Jeżeli zajmiesz się tym teraz, na jutro kogoś znajdziesz, kto to wykona.
- Grrr… - zawarczała, nie kontrolując siebie. Zawsze tak było, żyli razem jak pies z kotem. – Okey! Super! Zrobię to, ty skur…
- Aha i zapomniałem. To ma być od kogoś nowego.
- Co masz na myśli? – tym razem odezwała się zdziwiona Andrea, nie wiedząc, o co chłopakowi chodzi.
- Żaden znany projektant. To ma być ktoś nowy, zdolny, jeszcze nie znany, który trafi w mój gust.
- Czy ty się szaleju najadłeś? – Cami zaczęła masować sobie skronie, by się uspokoić. – Co ci nagle wpadło do głowy na „kogoś nowego”? Zdajesz sobie sprawę, że nie ma szans, bym kogoś takiego znalazła!?
- Jak już mówiłem, dasz sobie radę. – odwrócił się do nich plecami i ruszył wzdłuż korytarza. Jednak po chwili obejrzał się za ramię i rzucił – Umów nas na jutro, na wzięcie miary.
Chłopak po chwili zniknął, a obie kobiety stały w miejscu jak wryte – Andrea, nie wiedząc co powiedzieć i Camille, powstrzymująca się przed popędzeniem za chłopakiem i zabiciem go własnymi rękami.
***********
- No ja po prostu nie wierze! Zabije go, zabije go, zabije go… - Camille powtarzała te słowa w kółko i kółko, jak mantrę. Było już późno, a dziewczyna zestresowana wydzwaniała gdziekolwiek się dało w poszukiwaniu uzdolnionego projektanta, który nie jest jeszcze nigdzie znany.
- Oddychaj Słoneczko, oddychaj. – pogłaskał ją po plecach Phillipe, stojąc obok niej. Mówił z przejęciem w głosie. – Nie mam pojęcia, co naszemu złotemu chłopcu odbiło. Dzwoniłem gdzie mogłem i też nie znalazłem nikogo takiego. Poprosiłem swoich dłużników by dla mnie kogoś poszukali, ale cisza…
- Za to wszędzie, gdzie ja dzwoniłam, uważali, że mają do czynienia w wariatką. Sam powiedz, jak w 4 dni.. nawet nie, w 3 dni można zaprojektować coś i to wykonać, robiąc jeszcze poprawki i tym podobne? Sam wiesz, że to jest niewykonalne!
- No chyba, że chce założyć wór pokutny na to wydarzenie. – odpowiedział ze złością w głosie stylista. – Nie mam pojęcia co ten chłopak ma w tej swojej głowie. Uważałem go zawsze za bardziej rozsądnego.
- Bo on jest rozsądny. Przeważnie. – rzuciła zła Camille, zapalając papierosa trzęsącymi się dłońmi. – Ale on to zrobił specjalnie. Ja rozumiem, że możemy prowadzić wojny ze sobą, ale tym razem miarka się przebrała.
- Kochanie… - mężczyzna czule pogłaskał ją po głowie. – Ja muszę już iść. Wybaczysz mi? Ledwo na oczy już widzę.
- Oczywiście, Philli, że ci wybaczę. Mogłeś już dawno wrócić do siebie, a zostałeś, by mi pomóc. Powinnam ci dziękować na kolanach…
- Och daj spokój, przecież i tak nie polepszyłem twojej sytuacji. A kto miałby ci pomóc jak nie ja? Tylko wiesz, ani słowa nikomu. Jakby Daniel się dowiedział, że tu konspirowaliśmy, to by coś jeszcze gorszego wymyślił. Eh... – mężczyzna westchnął smutno. – A miałem już pomysł, żeby zwrócić się z prośbą o projekt do Gabriela.
- Tego znanego projektanta stąd? – zapytała zaciekawiona.
- Tak, dokładnie. Ale jak widać, Toma pokrzyżował moje plany. Lecę, jest już późno. – pocałował dziewczynę w czoło. – Śpij dobrze, Słoneczko.
- Tej nocy, to ja pewnie w ogóle nie pójdę spać… -  westchnęła zrezygnowana. – Dobranoc, Phillipe.
Stylista wyszedł z pomieszczenia, a Camille usiadła z biurkiem i wróciła do przeszukiwania tym razem Internetu ze złudną nadzieją, że coś znajdzie.

W pomieszczeniu panował półmrok. Po bardzo długim czasie Camille wyłączyła komputer i agresywnie zamknęła klapę laptopa, zła na cały świat. Nie znalazła kompletnie nic. Nawet nie wiedziała, która jest godzina, a niebo za przeszkloną ścianą było czarne. Jedynie czego chciała to znaleźć się w domu i paść na łóżko i najlepiej się już nie obudzić. Rozmyślała tak, gdy niespodziewanie usłyszała za sobą dobrze znany głos.
- I co, znalazłaś?
- Radzę ci dobrze, żebyś wyszedł stąd, zanim się odwrócę, bo przysięgam na Boga, że gdy tylko zobaczę twoją twarz, rozoram ją swoimi paznokciami. – powiedziała ostrzegająco, nie przestając pakować rzeczy do swojej torby.
Kiedy nie usłyszała żadnej kąśliwej odpowiedzi na jej słowa, z ulgą stwierdziła, że chłopak pewnie sobie poszedł. Jednak po chwili poczuła, jak ktoś chwycił ją od tyłu, napierając biodrami na nią i skutecznie unieruchamiając. Była przyparta do biurka, a jej ręce mocno były przygwożdżone do jego blatu przez silne dłonie Daniela. Nie mogła się w żaden sposób ruszyć, jednak mimo to próbowała się szarpać, by się uwolnić. Na próżno. Chłopak po każdym jej szarpnięciu napierał na nią coraz bardziej, aż w końcu dziewczyna nie mogła nic zrobić. Czuła jak jego gorący oddech muska jej ucho, co przyprawiało ją o dreszcze. Daniel pocałował ją w nagą szyję, co spowodowało, że dziewczyna najpierw zamarła, a później znów próbowała się wyszarpnąć. Jednak i tym razem to nic nie dało. Był od niej znacznie wyższy i silniejszy, co dawało mu przewagę nad nią, o czym obydwoje doskonale wiedzieli. Chłopak złożył kolejny pocałunek, tym razem na jej ramieniu, a dotyk jego ust aż parzył ją w skórę
- Daniel, przestań!! – krzyknęła wściekła.
- Dlaczego? – zapytał spokojnie niskim głosem, bardzo cicho. – Nie lubisz tego?
- To nie jest śmieszne! Puść mni…
- Denerwuje cię to? – ciągnął dalej swoją gierkę, po każdym pytaniu całując ją w innym miejscu. - Czujesz się z tym źle? Przeszkadza ci to? Czujesz się bezsilna? Jesteś zła?
- Jestem wściekła! – odpowiedziała, nie mogąc już dłużej znieść jego znęcania się nad nią.
- W takim razie to co czujesz, pomnóż razy nieskończoność… - wyszeptaj jej delikatnie do ucha, a następnie jego głos znacznie i niebezpiecznie stwardniał. - …a dowiesz się, co czułem, kiedy pojechałaś wtedy sama samochodem, nikomu nic nie mówiąc.
- Co… - zaczęła zdezorientowana dziewczyna, a on ją puścił i cofnął się od niej o krok. Camille odwróciła się do niego, by być twarzą w twarz i spojrzała na niego z niedowierzaniem. – A tobie dalej chodzi o ten wyjazd? Wciąż jesteś na to zły? To dlatego zleciłeś mi tą cholerną robotę, przyznaj się!
- Nie mam zamiaru tego ukrywać. – odpowiedział jakby nigdy nic, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek.
- Jesteś chory. – Cami nie mogła znaleźć żadnych słów, bo była targana wewnątrz wszelkimi możliwymi emocjami. – Okej, ukarałeś mnie już wystarczająco. Rozumiem, że nie muszę już dalej szukać tego cholernego projektanta?
- O nie, nie… - zaśmiał się cicho, ale przebiegle. -  Oczekuję, że na jutro będę przez ciebie umówiony z kimś w tej sprawie.
- Ale… ale… - Polka czuła jak z bezsilności łzy cisną się jej do oczu. Była perfekcjonistką, a przynajmniej starała się robić wszystko najlepiej jak potrafiła. Jeszcze nigdy nie nawaliła, a świadomość tego, że pierwszy raz w życiu miała polec w taki sposób sprawiał, że miała ochotę płakać.  – Daniel, j-ja…
- Ciii… - jego głos był bardzo cichy. Przytknął swój palec wskazujący do jej ust, a drugą dłoń wplątał w jej rozpuszczone włosy, zasłaniając nią jej ucho. – Przecież mówiłem, że dasz sobie radę. I dasz.
Camille czuła się zdezorientowana. Z jednej strony prowadziła wojnę z tym chłopakiem, ale z drugiej, za każdym razem, kiedy ją dotykał, nie potrafiła określić co czuje. To był dla niej totalny mix emocjonalny; nie chciała uciekać od niego, wręcz przeciwnie - ten dotyk ją uspokajał, a jej ciało owładało nieznane i niemożliwe do opisania uczucie.
- Dan…   
- Zostaliśmy w studiu tylko my dwoje… - zaczął i sięgną dłonią po jej dłoń. – Chodźmy już. Jest późno, zawiozę cię.
- Wolę się przejść…
- Chyba nie myślisz, że pozwolę ci iść samej o tej godzinie? – powiedział, patrząc na nią twardym i dzikim wzrokiem. – Nie ma mowy. Zresztą wyglądasz na bardzo zmęczoną.

- Zgadnij przez kogo. – cicho się zaśmiała spuszczając wzrok i odwróciła się, by zabrać spakowaną torbę z biurka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz