Camille
wyszła na korytarz ze stosem papierów w ręce, chcąc poszukać Andrei, by powiadomić
ją o ukończeniu pracy. Nie trwało to długo,
bo już po chwili na korytarz z jednego z pomieszczeń wyszła menadżerka,
rozmawiając przez telefon. Kiedy zauważyła dziewczynę zmierzającą ku niej,
zakończyła rozmowę i zapytała:
-
Coś nie tak?
-
Nie, nie! Chciałam powiedzieć, że już skończyłam. Proszę, to dla ciebie. –
wręczyła jej plik dokumentów.
-
Och, dziękuję ci bardzo. – uśmiechnęła się kobieta. – Szybko się uwinęłaś.
-
Wiesz, nie chciałam przy tym siedzieć do wieczora, bo mam pewne plany, dlatego
się przyłożyłam, by skończyć jak
najszybciej się da. – Camille wzruszyła ramionami.
-
Cieszę się, w takim razie możesz już iść, na dzisiaj nie mam nic więcej dla
ciebie do zrobienia. A tak w ogóle, to
gdzie dzisiaj idziesz, jeżeli mogę wiedzieć?
-
A wiesz… - zaczęła uśmiechnięta. – Chcę się dzisiaj z kimś spotkać.
-
A co to za pogaduszki? – w drzwiach, przy których stały obie kobiety, pojawił
się oparty o framugę Daniel. – Praca nie goni?
-
Słońce właśnie skończyła. – wyjaśniła kobieta.
-
Doprawdy? – chłopak spojrzał zimnym wzrokiem na dziewczynę. – Dobrze. Skoro
tak, to mam dla ciebie coś do zrobienia. Potrzebuję jakiegoś specjalnego
stroju. Załatw to.
-
Dobrze, zaraz dam znać Phillipe, żeby się tym zajął. – odpowiedziała
menadżerka, wyciągając z kieszeni spodni telefon.
-
Nie. Ma to zrobić Kamila. – wskazał palcem na dziewczynę, ale na nią nawet nie
spojrzał. Jako jedyny używał jej polskiego imienia i sama Camille nie wiedziała
czy ją to denerwuje, czy się z tego faktu cieszy.
-
Dobra. – powiedziała zrezygnowana Cami, bo wiedziała, że nie ma po co się z nim
tym razem spierać. – Od jutra się tym zajmę.
-
Nie jutro. TERAZ.
-
Ale ja właśnie skończyłam i dostałam pozwolenie od Andre na opuszczenie
stanowiska. – sprzeciwiła się dwudziestolatka, zdziwiona zachowaniem Daniela.
-
Jest dopiero popołudnie. Do nocy masz jeszcze dużo czasu. -
uśmiechnął się przebiegle, a oczy mu pociemniały.
-
No chyba sobie żartujesz, ja mam już plany na dzisiaj!
-
Ojej. Trudno, najwyżej odwołasz randkę. – powiedział, a ostatnie słowo prawie
że wypluł, jakby było nasączone jadem. - Za cztery dni jest gala, wiesz co to
znaczy?
-
Chwila, chwila, moment… chcesz mi powiedzieć, że mam ci załatwić coś na galę? –
przerażona dziewczyna zrobiła wielkie oczy. – Nie za „wcześnie” się obudziłeś?! Przecież tym trzeba było się zająć
znacznie wcześniej!
-
Jesteś bardzo zdolna, dasz sobie radę. – puścił jej oczko. – Jeżeli zajmiesz
się tym teraz, na jutro kogoś znajdziesz, kto to wykona.
-
Grrr… - zawarczała, nie kontrolując siebie. Zawsze tak było, żyli razem jak
pies z kotem. – Okey! Super! Zrobię to, ty skur…
-
Aha i zapomniałem. To ma być od kogoś nowego.
-
Co masz na myśli? – tym razem odezwała się zdziwiona Andrea, nie wiedząc, o co chłopakowi
chodzi.
-
Żaden znany projektant. To ma być ktoś nowy, zdolny, jeszcze nie znany, który
trafi w mój gust.
-
Czy ty się szaleju najadłeś? – Cami zaczęła masować sobie skronie, by się
uspokoić. – Co ci nagle wpadło do głowy na „kogoś
nowego”? Zdajesz sobie sprawę, że nie ma szans, bym kogoś takiego znalazła!?
-
Jak już mówiłem, dasz sobie radę. – odwrócił się do nich plecami i ruszył
wzdłuż korytarza. Jednak po chwili obejrzał się za ramię i rzucił – Umów nas na
jutro, na wzięcie miary.
Chłopak
po chwili zniknął, a obie kobiety stały w miejscu jak wryte – Andrea, nie
wiedząc co powiedzieć i Camille, powstrzymująca się przed popędzeniem za
chłopakiem i zabiciem go własnymi rękami.
***********
-
No ja po prostu nie wierze! Zabije go, zabije go, zabije go… - Camille
powtarzała te słowa w kółko i kółko, jak mantrę. Było już późno, a dziewczyna zestresowana
wydzwaniała gdziekolwiek się dało w poszukiwaniu uzdolnionego projektanta,
który nie jest jeszcze nigdzie znany.
-
Oddychaj Słoneczko, oddychaj. – pogłaskał ją po plecach Phillipe, stojąc obok
niej. Mówił z przejęciem w głosie. – Nie mam pojęcia, co naszemu złotemu
chłopcu odbiło. Dzwoniłem gdzie mogłem i też nie znalazłem nikogo takiego.
Poprosiłem swoich dłużników by dla mnie kogoś poszukali, ale cisza…
-
Za to wszędzie, gdzie ja dzwoniłam, uważali, że mają do czynienia w wariatką.
Sam powiedz, jak w 4 dni.. nawet nie, w 3 dni można zaprojektować coś i to
wykonać, robiąc jeszcze poprawki i tym podobne? Sam wiesz, że to jest
niewykonalne!
-
No chyba, że chce założyć wór pokutny na to wydarzenie. – odpowiedział ze
złością w głosie stylista. – Nie mam pojęcia co ten chłopak ma w tej swojej
głowie. Uważałem go zawsze za bardziej rozsądnego.
-
Bo on jest rozsądny. Przeważnie. – rzuciła zła Camille, zapalając papierosa
trzęsącymi się dłońmi. – Ale on to zrobił specjalnie. Ja rozumiem, że możemy
prowadzić wojny ze sobą, ale tym razem miarka się przebrała.
-
Kochanie… - mężczyzna czule pogłaskał ją po głowie. – Ja muszę już iść. Wybaczysz
mi? Ledwo na oczy już widzę.
-
Oczywiście, Philli, że ci wybaczę. Mogłeś już dawno wrócić do siebie, a
zostałeś, by mi pomóc. Powinnam ci dziękować na kolanach…
-
Och daj spokój, przecież i tak nie polepszyłem twojej sytuacji. A kto miałby ci
pomóc jak nie ja? Tylko wiesz, ani słowa nikomu. Jakby Daniel się dowiedział,
że tu konspirowaliśmy, to by coś jeszcze gorszego wymyślił. Eh... – mężczyzna westchnął
smutno. – A miałem już pomysł, żeby zwrócić się z prośbą o projekt do Gabriela.
-
Tego znanego projektanta stąd? – zapytała zaciekawiona.
-
Tak, dokładnie. Ale jak widać, Toma pokrzyżował moje plany. Lecę, jest już
późno. – pocałował dziewczynę w czoło. – Śpij dobrze, Słoneczko.
-
Tej nocy, to ja pewnie w ogóle nie pójdę spać… - westchnęła zrezygnowana. – Dobranoc, Phillipe.
Stylista
wyszedł z pomieszczenia, a Camille usiadła z biurkiem i wróciła do
przeszukiwania tym razem Internetu ze złudną nadzieją, że coś znajdzie.
W
pomieszczeniu panował półmrok. Po bardzo długim czasie Camille wyłączyła
komputer i agresywnie zamknęła klapę laptopa, zła na cały świat. Nie znalazła kompletnie
nic. Nawet nie wiedziała, która jest godzina, a niebo za przeszkloną ścianą
było czarne. Jedynie czego chciała to znaleźć się w domu i paść na łóżko i
najlepiej się już nie obudzić. Rozmyślała tak, gdy niespodziewanie usłyszała za
sobą dobrze znany głos.
-
I co, znalazłaś?
-
Radzę ci dobrze, żebyś wyszedł stąd, zanim się odwrócę, bo przysięgam na Boga,
że gdy tylko zobaczę twoją twarz, rozoram ją swoimi paznokciami. – powiedziała ostrzegająco,
nie przestając pakować rzeczy do swojej torby.
Kiedy
nie usłyszała żadnej kąśliwej odpowiedzi na jej słowa, z ulgą stwierdziła, że
chłopak pewnie sobie poszedł. Jednak po chwili poczuła, jak ktoś chwycił ją od
tyłu, napierając biodrami na nią i skutecznie unieruchamiając. Była przyparta
do biurka, a jej ręce mocno były przygwożdżone do jego blatu przez silne dłonie
Daniela. Nie mogła się w żaden sposób ruszyć, jednak mimo to próbowała się
szarpać, by się uwolnić. Na próżno. Chłopak po każdym jej szarpnięciu napierał
na nią coraz bardziej, aż w końcu dziewczyna nie mogła nic zrobić. Czuła jak jego
gorący oddech muska jej ucho, co przyprawiało ją o dreszcze. Daniel pocałował
ją w nagą szyję, co spowodowało, że dziewczyna najpierw zamarła, a później znów
próbowała się wyszarpnąć. Jednak i tym razem to nic nie dało. Był od niej
znacznie wyższy i silniejszy, co dawało mu przewagę nad nią, o czym obydwoje doskonale
wiedzieli. Chłopak złożył kolejny pocałunek, tym razem na jej ramieniu, a dotyk
jego ust aż parzył ją w skórę
-
Daniel, przestań!! – krzyknęła wściekła.
-
Dlaczego? – zapytał spokojnie niskim głosem, bardzo cicho. – Nie lubisz tego?
-
To nie jest śmieszne! Puść mni…
-
Denerwuje cię to? – ciągnął dalej swoją gierkę, po każdym pytaniu całując ją w innym
miejscu. - Czujesz się z tym źle? Przeszkadza ci to? Czujesz się bezsilna? Jesteś
zła?
-
Jestem wściekła! – odpowiedziała, nie mogąc już dłużej znieść jego znęcania się
nad nią.
-
W takim razie to co czujesz, pomnóż razy nieskończoność… - wyszeptaj jej delikatnie
do ucha, a następnie jego głos znacznie i niebezpiecznie stwardniał. - …a
dowiesz się, co czułem, kiedy pojechałaś wtedy sama samochodem, nikomu nic nie
mówiąc.
-
Co… - zaczęła zdezorientowana dziewczyna, a on ją puścił i cofnął się od niej o
krok. Camille odwróciła się do niego, by być twarzą w twarz i spojrzała na
niego z niedowierzaniem. – A tobie dalej chodzi o ten wyjazd? Wciąż jesteś na
to zły? To dlatego zleciłeś mi tą cholerną robotę, przyznaj się!
-
Nie mam zamiaru tego ukrywać. – odpowiedział jakby nigdy nic, patrząc na nią spod
półprzymkniętych powiek.
-
Jesteś chory. – Cami nie mogła znaleźć żadnych słów, bo była targana wewnątrz
wszelkimi możliwymi emocjami. – Okej, ukarałeś mnie już wystarczająco.
Rozumiem, że nie muszę już dalej szukać tego cholernego projektanta?
-
O nie, nie… - zaśmiał się cicho, ale przebiegle. - Oczekuję, że na jutro będę przez ciebie
umówiony z kimś w tej sprawie.
-
Ale… ale… - Polka czuła jak z bezsilności łzy cisną się jej do oczu. Była
perfekcjonistką, a przynajmniej starała się robić wszystko najlepiej jak
potrafiła. Jeszcze nigdy nie nawaliła, a świadomość tego, że pierwszy raz w
życiu miała polec w taki sposób sprawiał, że miała ochotę płakać. – Daniel, j-ja…
-
Ciii… - jego głos był bardzo cichy. Przytknął swój palec wskazujący do jej ust,
a drugą dłoń wplątał w jej rozpuszczone włosy, zasłaniając nią jej ucho. –
Przecież mówiłem, że dasz sobie radę. I dasz.
Camille
czuła się zdezorientowana. Z jednej strony prowadziła wojnę z tym chłopakiem, ale
z drugiej, za każdym razem, kiedy ją dotykał, nie potrafiła określić co czuje. To
był dla niej totalny mix emocjonalny; nie chciała uciekać od niego, wręcz przeciwnie
- ten dotyk ją uspokajał, a jej ciało owładało nieznane i niemożliwe do
opisania uczucie.
-
Dan…
-
Zostaliśmy w studiu tylko my dwoje… - zaczął i sięgną dłonią po jej dłoń. –
Chodźmy już. Jest późno, zawiozę cię.
-
Wolę się przejść…
-
Chyba nie myślisz, że pozwolę ci iść samej o tej godzinie? – powiedział, patrząc
na nią twardym i dzikim wzrokiem. – Nie ma mowy. Zresztą wyglądasz na bardzo
zmęczoną.
-
Zgadnij przez kogo. – cicho się zaśmiała spuszczając wzrok i odwróciła się, by zabrać
spakowaną torbę z biurka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz