sobota, 16 kwietnia 2016

Część 5 - O Sole mio

Kiedy Camille wróciła do domu po odprowadzeniu Domenici do jej mieszkania i próbowaniu uspokojenia jej za pomocą naparu z melisy; było już bardzo późno.
Dziewczyna siedziała po turecku już w piżamie na swoim łóżku, Lupus leżał obok niej, trzymając głowę na jej udzie, a ona ją delikatnie głaskała. Przeglądała z wyciągniętego pudełka stare fotografie sprzed wielu lat , układając je wokół siebie, na których widniały sceny z różnych rodzinnych spotkań. Ale najbardziej koncentrowała się na zdjęciach sprzed kilku lat, kiedy odwiedzili jej dom rodzinny jej daleki wuj z Francji wraz z żoną i córeczką. Niejednokrotnie się z nią bawiła i zajmowała – była od niej o pięć lat młodsza, więc zabierała dziewczynkę w różne miejsca, po to, by starsi z rodu mogli spędzić ze sobą więcej czasu, jak to dorośli. Zapewne się bardzo zmieniła, była bowiem w trakcie wieku dojrzewania. To bardzo burzliwy czas dla każdego człowieka.
Camille z ciężkim sercem uświadomiła, sobie jak dawno się z nimi nie widziała, mimo że w Paryżu przez ten czas, kiedy opuściła dom rodzinny, była wiele razy.
- Powinnam się z nimi w końcu zobaczyć. - stwierdziła, zwracając się do wilka. - Powinnam się wstydzić za to, że nigdy nie mam czasu dla rodziny, mimo że już tyle razy mnie do siebie zapraszali. Zawsze o mnie pamiętają.
Wilk spojrzał na dziewczynę i przytaknął, po czym ziewnął, dźwignął się na nogi i ostrożnie przeszedł na brzeg łóżka w nogach, a tam zwinął się w kulkę.
- Masz rację, pora iść spać. - zgodziła się. Zebrała wszystkie zdjęcia leżące na pościeli i wrzuciła je z powrotem do pudełka, po czym położyła je na podłodze tuż przy łóżku. Wsunęła się pod kołdrę i położyła na boku, poddając się zmęczeniu i nadchodzącemu snu. - Dobranoc, Lu.
- Dobranoc.

*******

Camille z rana krzątała się po kuchni, szykując sobie śniadanie, gdy w salonie telewizor był włączony na kanale, gdzie nadawano telewizję śniadaniową. Łapiąc przygotowaną tacę z talerzem i kubkiem gorącej kawy, dziewczyna podreptała żywo do pokoju i rozsiadła się na kanapie, układając naczynia na szklanym blacie ławy.
Jadła kanapkę pochylona nad talerzem, wpół koncentrując się na prezenterach, gadających o gwiazdach i o nadchodzących wielkich wydarzeniach w mieście; wpół przeglądając portale społecznościowe na laptopie stojącym obok na stoliku. Po jakimś czasie w telewizji zaczęli wspominać wiadomości z wczorajszego dnia i kiedy informowali o zdarzeniach spod Luwru, o bohaterskiej Biedronce i Czarnym Kocie, którzy znowu uratowali Paryż przed złoczyńcą, który chciał zniszczyć muzeum, wysadzając je w powietrze, dziewczyn upuściła na talerz połowę kanapki, którą właśnie unosiła do ust, gapiąc się z wielką uwagą na ekran, na którym przelatywały zdjęcia i nagrania z wczorajszego zdarzenia.
- Przecież to są jeszcze dzieciaki... - powiedziała szczerze zdumiona, zauważając, że owi bohaterowie nie mają zbyt wiele lat, lecz w tej chwili jej telefon w kieszeni spodni dostał ataku złości, informując o nadchodzącym połączeniu.
- Soleeeeeeeee!!! – po drugiej stronie usłyszała dziecinnie zdezorientowany głos, przeciągający samogłoski. No i znowu się zaczyna...
- Nica, spokojnie. Pogadajmy o tym pod studiem, zbieraj się. Zobaczymy się za godzinę.
Rozłączyła się i dokończyła śniadanie, słuchając już o nadchodzącej imprezie, na której różni artyści wszelkiej maści mieli odebrać różne nagrody. Mogła się założyć, że w dziedzinie muzyki nominowany był także Daniel. Bo kogo innego jak nie jego? Jaki jest taki jest, ale piosenkarzem jest wybitnym. – przyznała ze szczerym podziwem.
Wypijając kawę do samego końca, oparła się o oparcie sofy, ciężko wzdychając i spojrzała na Lu.
- To będzie ciężkie zderzenie, wiesz o tym? – zapytała.
Ale wilk nie zareagował. Z pewnością nie interesowały go problemy Domenici, którymi natomiast Camille się przejmowała. Wszystko sprzątnęła i zaczęła się zbierać do wyjścia.
- Lupus, idziemy. – łapiąc za przygotowany wcześniej kubek termiczny z kolejną kawą, zawołała wilka. Kiedy ten się ociągał z ruszeniem się z miejsca, Cami go pośpieszyła ze śmiechem. – No dalej, Lu, rozruszaj te kostuchy, bo zaraz w ogóle nie będziesz się chciał ruszać! Nie jesteś przecież taki stary, ja jakiego się kreujesz.

********

Kiedy dotarła pod Grande Arche, zauważyła siedzącą na schodach pod nim Domenice, ubraną w ciemne barwy, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie i z papierowym kubkiem kawy na wynos ze znanej sieci kawiarni. Camille usiadła obok niej, ale nic się nie odezwała. Siedziały tak w milczeniu przez bardzo długą chwilę, patrząc się przed siebie.
- Powiedz mi jak... JAK to było możliwe? - Włoszka pierwsza przerwała ciszę panującą między nimi, gestykulując żywo wolną ręką. - Przecież to jest.. to jest takie... grrrr!
- Uspokój się. - odpowiedziała bez żadnych emocji w głosie Cami. Układała w głowie plan, jak to wytłumaczyć dziewczynie, by zaakceptowała taki bieg rzeczy. - Są... rzeczy, których po prostu nie da się logicznie wytłumaczyć, trzeba je zaakceptować same w sobie, że one są, istnieją. Sama tak mówiłaś, tłumacząc różne cuda.
- Ale cuda można przypisać Bogu, a to? A to co to było? I-i jeszcze ci ludzie ... – odłożyła kubek na schodek tuż obok niej i wskazała na promenadę pełną biegających we wszystkie strony ludzi. - ... oni zachowują się, jakby to było zupełnie normalne! Co z nimi nie tak?
Camille spojrzała porozumiewawczo na wilka siedzącego obok niej, a ten odwzajemnił pełne mądrości spojrzenie, patrząc jej w oczy. Westchnęła w duchu, przeklinając los, że to akurat jej przyszło uświadamiać jej przyjaciółkę.
- Paryż! - zawołała sarkastycznie wesoło. - Sama wczoraj się nim zachwycałaś, że jest niesamowitym miastem!
- O, Sole mio, przestań! - jęknęła zrezygnowana, chowając twarz w dłonie, a jej kaskady kasztanowych włosów stworzyły kurtynę, zakrywając jej twarz już całkowicie. - Ja się dziwię, jak ty możesz zachować taki spokój, zupełnie tak, jakby to nie było nic wielkiego.
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - spytała poważnym tonem, czując, że zaraz cała prawda wyleje się z niej jak z pełnego po rand dzbana.
Już czuła, jak słowa same pchają się jej na usta, kiedy usłyszała:
- Nie możesz jej powiedzieć Camille. To nie jest jej sprawa, nie może poznać prawdy, nawet jeżeli chciałabyś w końcu komuś się z tego zwierzyć. - dziewczyna zwróciła się w stronę wilka, jednak ten nawet na nią nie spojrzał. - Pomyśl, co może zrobić z tą informacją. Ona tego nie zrozumie.
- No więc? - spytała wyczekująco Domenica. – Jak wy to robicie, że zachowujecie zimną krew? Daniel też ma łeb na karku, kiedy wszystko się sypie.
- Yyyyy... no wiesz... - zaczęła zakłopotana. Lu miał rację, nie mogłam tego nikomu powiedzieć. Obiecałam, że dochowam tajemnicy. – Ech... chcesz prawdy? Tak naprawdę... - zająknęła się. - ... to tylko udawałam. Wgłębi siebie byłam cholernie przerażona, tylko, że znam cię na tyle, że wiedziałam, że muszę zachować spokój, byś mi nie zeszła z tego świata.
No proszę. Tak idiotycznego kłamstwa jeszcze nigdy nie wymyśliłam... - jęknęła w duchu, nie wierząc, że przyjaciółka nabierze się na tak puste słowa.
- Naprawdę? – Domma wyglądała na zaskoczoną. – Czyli nie jesteś taka zajebista i ponad wszystkich, jak się kreujesz! A już się zaczęłam martwić o ciebie, czy aby na pewno jesteś normalnym człowiekiem, jak ja i inni. Czasami miałam wrażenie, że jesteś jakimś nadludziem czy coś w tym rodzaju, wiesz. Taki superbohater, jak Batman... awwww, batmaaaan – rozmarzyła się Włoszka, opierając brodę na dłoniach, zamykając oczy. – Gdyby tylko był prawdziwy.
- O cholera, serio? Łyknęła to? Chyba powinnam zbadać, czy aby na pewno doszła do siebie, po wczorajszym wstrząsie. Jak sądzisz? – Cami wytrzeszczyła oczy szeroko, nie wiedząc jak prawidłowo zareagować.
- Och daj temu spokój, ja jakoś nie widzę w jej zachowaniu nic dziwnego. Zachowuje się jak zazwyczaj, czyli jak idiotka. – odpowiedział poważnie wilk, ze znużeniem w „głosie". – Lepiej daj mi coś do jedzenia, jestem głodny.
- Lupus! – skarciła go. – Ty byś tylko jadł i spał, co się z tobą dzieje?
- Sole...? – Camille usłyszała głos przyjaciółki za sobą i się odwróciła. – Czemu krzyczysz na Lu?
Polka poczuła jakby cała krew spłynęła jej z twarzy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zamiast dalej telepatycznie prowadzić konwersację z jej wilkiem, wypowiedziała ostatnie zdanie na głos, tak, że wszyscy mogli ją usłyszeć.
- Brawo, kochanie. Śpij mniej i trać częściej panowanie nad sobą.
No ja przyrzekam, że kiedyś jemu coś zrobię... - wycedziła w myślach sama do siebie. Wzięła głęboki wdech i spojrzała na Nice z promiennym uśmiechem.
- Wybacz, ale ostatnio nie wiem co się z nim dzieje. Kiedy jest głodny, ma w zwyczaju trącać mnie łapą w dłoń – zmyśliła na poczekaniu, a że Lupus siedział po jej prawej, a dziewczyna po lewej, Domenica nie mogła stwierdzić, czy tak było naprawdę, więc zarówno dobrze nie mogła temu zaprzeczyć. – i strasznie często wygląda na sennego. Trochę zaczynam się martwić, wcześniej był pełen wigoru.
- Może powinnaś pójść do weterynarza? – zapytała Domma.

- Z dzikim zwierzęciem jak ze zwykłym pupilem domowym? – spojrzała na nią, unosząc jedną brew. Dźwignęła się ze schodów i podała rękę towarzyszce. – Dobra, coś na pewno wymyślimy, a teraz chodź. Trzeba iść na górę i zabrać się do pracy.

____________________________________________________________________________
Mam milion pomysłów i mam zamiar je zrealizować!
Szczerze to bałam się, że pomysły będą one zamieszczone tylko w paru rozdziałach, ale widzę, że powieść jednak będzie bardziej obszerna :) I dochodzimy wielkimi krokami, gdzie pojawią się Adrien/Chat Noir i Marinette/Biedronka już w codziennym życiu naszych bohaterów ;)

Najbardziej pozdrawiam moją przyjaciółkę, która jest moją inspiracją jeżeli chodzi o dziką Domenice i dzięki niej rodzą mi się świetne pomysły na dalsze części opowiadania :D

Pozdrawiam ! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz