Kiedy Camille wróciła
do domu po odprowadzeniu Domenici do jej mieszkania i próbowaniu uspokojenia
jej za pomocą naparu z melisy; było już bardzo późno.
Dziewczyna siedziała
po turecku już w piżamie na swoim łóżku, Lupus leżał obok niej, trzymając głowę
na jej udzie, a ona ją delikatnie głaskała. Przeglądała z wyciągniętego pudełka
stare fotografie sprzed wielu lat , układając je wokół siebie, na których widniały
sceny z różnych rodzinnych spotkań. Ale najbardziej koncentrowała się na
zdjęciach sprzed kilku lat, kiedy odwiedzili jej dom rodzinny jej daleki wuj z
Francji wraz z żoną i córeczką. Niejednokrotnie się z nią bawiła i zajmowała –
była od niej o pięć lat młodsza, więc zabierała dziewczynkę w różne miejsca, po
to, by starsi z rodu mogli spędzić ze sobą więcej czasu, jak to dorośli.
Zapewne się bardzo zmieniła, była bowiem w trakcie wieku dojrzewania. To bardzo
burzliwy czas dla każdego człowieka.
Camille z ciężkim
sercem uświadomiła, sobie jak dawno się z nimi nie widziała, mimo że w Paryżu
przez ten czas, kiedy opuściła dom rodzinny, była wiele razy.
- Powinnam się z nimi
w końcu zobaczyć. - stwierdziła, zwracając się do wilka. - Powinnam się wstydzić
za to, że nigdy nie mam czasu dla rodziny, mimo że już tyle razy mnie do siebie
zapraszali. Zawsze o mnie pamiętają.
Wilk spojrzał na
dziewczynę i przytaknął, po czym ziewnął, dźwignął się na nogi i ostrożnie
przeszedł na brzeg łóżka w nogach, a tam zwinął się w kulkę.
- Masz rację, pora
iść spać. - zgodziła się. Zebrała wszystkie zdjęcia leżące na pościeli i
wrzuciła je z powrotem do pudełka, po czym położyła je na podłodze tuż przy
łóżku. Wsunęła się pod kołdrę i położyła na boku, poddając się zmęczeniu i
nadchodzącemu snu. - Dobranoc, Lu.
- Dobranoc.
*******
Camille z rana
krzątała się po kuchni, szykując sobie śniadanie, gdy w salonie telewizor był
włączony na kanale, gdzie nadawano telewizję śniadaniową. Łapiąc przygotowaną
tacę z talerzem i kubkiem gorącej kawy, dziewczyna podreptała żywo do pokoju i
rozsiadła się na kanapie, układając naczynia na szklanym blacie ławy.
Jadła kanapkę
pochylona nad talerzem, wpół koncentrując się na prezenterach, gadających o
gwiazdach i o nadchodzących wielkich wydarzeniach w mieście; wpół przeglądając
portale społecznościowe na laptopie stojącym obok na stoliku. Po jakimś czasie
w telewizji zaczęli wspominać wiadomości z wczorajszego dnia i kiedy
informowali o zdarzeniach spod Luwru, o bohaterskiej Biedronce i Czarnym Kocie,
którzy znowu uratowali Paryż przed złoczyńcą, który chciał zniszczyć muzeum,
wysadzając je w powietrze, dziewczyn upuściła na talerz połowę kanapki, którą
właśnie unosiła do ust, gapiąc się z wielką uwagą na ekran, na którym
przelatywały zdjęcia i nagrania z wczorajszego zdarzenia.
- Przecież to są
jeszcze dzieciaki... - powiedziała szczerze zdumiona, zauważając, że owi
bohaterowie nie mają zbyt wiele lat, lecz w tej chwili jej telefon w kieszeni
spodni dostał ataku złości, informując o nadchodzącym połączeniu.
- Soleeeeeeeee!!! –
po drugiej stronie usłyszała dziecinnie zdezorientowany głos, przeciągający
samogłoski. No i znowu się
zaczyna...
- Nica, spokojnie.
Pogadajmy o tym pod studiem, zbieraj się. Zobaczymy się za godzinę.
Rozłączyła się i
dokończyła śniadanie, słuchając już o nadchodzącej imprezie, na której różni
artyści wszelkiej maści mieli odebrać różne nagrody. Mogła się założyć, że w
dziedzinie muzyki nominowany był także Daniel. Bo kogo innego jak nie jego? Jaki
jest taki jest, ale piosenkarzem jest wybitnym. – przyznała ze szczerym podziwem.
Wypijając kawę do
samego końca, oparła się o oparcie sofy, ciężko wzdychając i spojrzała na Lu.
- To będzie ciężkie
zderzenie, wiesz o tym? – zapytała.
Ale wilk nie
zareagował. Z pewnością nie interesowały go problemy Domenici, którymi
natomiast Camille się przejmowała. Wszystko sprzątnęła i zaczęła się zbierać do
wyjścia.
- Lupus, idziemy. –
łapiąc za przygotowany wcześniej kubek termiczny z kolejną kawą, zawołała
wilka. Kiedy ten się ociągał z ruszeniem się z miejsca, Cami go pośpieszyła ze
śmiechem. – No dalej, Lu, rozruszaj te kostuchy, bo zaraz w ogóle nie będziesz
się chciał ruszać! Nie jesteś przecież taki stary, ja jakiego się kreujesz.
********
Kiedy dotarła pod
Grande Arche, zauważyła siedzącą na schodach pod nim Domenice, ubraną w ciemne
barwy, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie i z papierowym kubkiem kawy na
wynos ze znanej sieci kawiarni. Camille usiadła obok niej, ale nic się nie
odezwała. Siedziały tak w milczeniu przez bardzo długą chwilę, patrząc się
przed siebie.
- Powiedz mi jak...
JAK to było możliwe? - Włoszka pierwsza przerwała ciszę panującą między nimi,
gestykulując żywo wolną ręką. - Przecież to jest.. to jest takie... grrrr!
- Uspokój się. -
odpowiedziała bez żadnych emocji w głosie Cami. Układała w głowie plan, jak to
wytłumaczyć dziewczynie, by zaakceptowała taki bieg rzeczy. - Są... rzeczy,
których po prostu nie da się logicznie wytłumaczyć, trzeba je zaakceptować same
w sobie, że one są, istnieją. Sama tak mówiłaś, tłumacząc różne cuda.
- Ale cuda można
przypisać Bogu, a to? A to co to było? I-i jeszcze ci ludzie ... – odłożyła
kubek na schodek tuż obok niej i wskazała na promenadę pełną biegających we
wszystkie strony ludzi. - ... oni zachowują się, jakby to było zupełnie
normalne! Co z nimi nie tak?
Camille spojrzała
porozumiewawczo na wilka siedzącego obok niej, a ten odwzajemnił pełne mądrości
spojrzenie, patrząc jej w oczy. Westchnęła w duchu, przeklinając los, że to
akurat jej przyszło uświadamiać jej przyjaciółkę.
- Paryż! - zawołała
sarkastycznie wesoło. - Sama wczoraj się nim zachwycałaś, że jest niesamowitym
miastem!
- O, Sole mio, przestań!
- jęknęła zrezygnowana, chowając twarz w dłonie, a jej kaskady kasztanowych
włosów stworzyły kurtynę, zakrywając jej twarz już całkowicie. - Ja się dziwię,
jak ty możesz zachować taki spokój, zupełnie tak, jakby to nie było nic
wielkiego.
- Naprawdę chcesz
wiedzieć? - spytała poważnym tonem, czując, że zaraz cała prawda wyleje się z
niej jak z pełnego po rand dzbana.
Już czuła, jak słowa
same pchają się jej na usta, kiedy usłyszała:
- Nie możesz jej
powiedzieć Camille. To nie jest jej sprawa, nie może poznać prawdy, nawet
jeżeli chciałabyś w końcu komuś się z tego zwierzyć. - dziewczyna
zwróciła się w stronę wilka, jednak ten nawet na nią nie spojrzał. - Pomyśl, co może zrobić z
tą informacją. Ona tego nie zrozumie.
- No więc? - spytała
wyczekująco Domenica. – Jak wy to robicie, że zachowujecie zimną krew? Daniel
też ma łeb na karku, kiedy wszystko się sypie.
- Yyyyy... no
wiesz... - zaczęła zakłopotana. Lu
miał rację, nie mogłam tego nikomu powiedzieć. Obiecałam, że dochowam
tajemnicy. – Ech... chcesz
prawdy? Tak naprawdę... - zająknęła się. - ... to tylko udawałam. Wgłębi siebie
byłam cholernie przerażona, tylko, że znam cię na tyle, że wiedziałam, że muszę
zachować spokój, byś mi nie zeszła z tego świata.
No proszę. Tak
idiotycznego kłamstwa jeszcze nigdy nie wymyśliłam... - jęknęła w
duchu, nie wierząc, że przyjaciółka nabierze się na tak puste słowa.
- Naprawdę? – Domma
wyglądała na zaskoczoną. – Czyli nie jesteś taka zajebista i ponad wszystkich,
jak się kreujesz! A już się zaczęłam martwić o ciebie, czy aby na pewno jesteś
normalnym człowiekiem, jak ja i inni. Czasami miałam wrażenie, że jesteś jakimś
nadludziem czy coś w tym rodzaju, wiesz. Taki superbohater, jak Batman...
awwww, batmaaaan – rozmarzyła się Włoszka, opierając brodę na dłoniach, zamykając
oczy. – Gdyby tylko był prawdziwy.
- O cholera, serio?
Łyknęła to? Chyba powinnam zbadać, czy aby na pewno doszła do siebie, po
wczorajszym wstrząsie. Jak sądzisz? –
Cami wytrzeszczyła oczy szeroko, nie wiedząc jak prawidłowo zareagować.
- Och daj temu spokój, ja jakoś nie
widzę w jej zachowaniu nic dziwnego. Zachowuje się jak zazwyczaj, czyli jak
idiotka. – odpowiedział
poważnie wilk, ze znużeniem w „głosie". – Lepiej daj mi coś do jedzenia,
jestem głodny.
- Lupus! – skarciła
go. – Ty byś tylko jadł i spał, co się z tobą dzieje?
- Sole...? – Camille
usłyszała głos przyjaciółki za sobą i się odwróciła. – Czemu krzyczysz na Lu?
Polka poczuła jakby
cała krew spłynęła jej z twarzy. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że
zamiast dalej telepatycznie prowadzić konwersację z jej wilkiem, wypowiedziała
ostatnie zdanie na głos, tak, że wszyscy mogli ją usłyszeć.
- Brawo, kochanie. Śpij mniej i trać
częściej panowanie nad sobą.
No ja przyrzekam, że
kiedyś jemu coś zrobię... -
wycedziła w myślach sama do siebie. Wzięła głęboki wdech i spojrzała na Nice z
promiennym uśmiechem.
- Wybacz, ale
ostatnio nie wiem co się z nim dzieje. Kiedy jest głodny, ma w zwyczaju trącać
mnie łapą w dłoń – zmyśliła na poczekaniu, a że Lupus siedział po jej prawej, a
dziewczyna po lewej, Domenica nie mogła stwierdzić, czy tak było naprawdę, więc
zarówno dobrze nie mogła temu zaprzeczyć. – i strasznie często wygląda na
sennego. Trochę zaczynam się martwić, wcześniej był pełen wigoru.
- Może powinnaś pójść
do weterynarza? – zapytała Domma.
- Z dzikim
zwierzęciem jak ze zwykłym pupilem domowym? – spojrzała na nią, unosząc jedną
brew. Dźwignęła się ze schodów i podała rękę towarzyszce. – Dobra, coś na pewno
wymyślimy, a teraz chodź. Trzeba iść na górę i zabrać się do pracy.
____________________________________________________________________________
Mam milion pomysłów i mam zamiar je zrealizować!
Szczerze to bałam się, że pomysły będą one zamieszczone tylko w paru rozdziałach, ale widzę, że powieść jednak będzie bardziej obszerna :) I dochodzimy wielkimi krokami, gdzie pojawią się Adrien/Chat Noir i Marinette/Biedronka już w codziennym życiu naszych bohaterów ;)
Najbardziej pozdrawiam moją przyjaciółkę, która jest moją inspiracją jeżeli chodzi o dziką Domenice i dzięki niej rodzą mi się świetne pomysły na dalsze części opowiadania :D
Najbardziej pozdrawiam moją przyjaciółkę, która jest moją inspiracją jeżeli chodzi o dziką Domenice i dzięki niej rodzą mi się świetne pomysły na dalsze części opowiadania :D
Pozdrawiam !
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz